Tuesday, 3 August 2010

Jeszcze jedna swiatynia

Tym razem malenska, ale z ogromna iloscia flag modlitewnych i pieknym widokiem. Po drodze na gore spotkalismy nawet jaka, ale nie zachowywal sie grzecznie wiec zamiast robic zdjecia zaczelismy uciekac.












Oskar umie juz liczyc do osmiu, wiec zabral sie za nauke dodawania.

Sunday, 1 August 2010

Klasztor Songzanlin

Pod wplywem impulsu wymyslilismy ze najbardziej pasowala do wczorajszego dnia wycieczka rowerowa. Mielismy jechac nad podobno piekne jezioro Napa, ale akurat wybieraja stamtad piasek i to co mialo byc romantyczna, spokojna jazda polna droga okazalo sie slalomem miedzy ciezorowkami (chociaz Oskar docenial takie wielkie wywjotki).

Na migi popytalismy sie co i jak, i zdecydowalismy sie jechac do klasztoru Songzanlin - mieszka w nim.. nie wiem ilu, ale napewno kilka tysiecy mnichow, calosc wyglada jak miasteczko. Klasztorem "opiekuje sie" chinska firma turystyczna, tzn oni sprzedaja bilety (8€) i wybudowali platforme z ktorej mozna zdjecia robic, a klasztor z tego nie ma nic. Postanowilismy wiec biletow nie kupowac. Pan z budki machal nam "hello ticket", my tez pomachalismy i pojechalismy dalej. Szedl kawalek za nami, krzyczal i machal, ale chyba potem znudzilo mu sie i wrocil. Droga powrotna.. autobusem. Maluchy mialy juz dosc rowerow.









Swiatynia no name, jeszcze raz

No wlasnie. My im robimy zdjecia, a oni nam. Mnichowie przynajmniej byli sympatyczni i nie natretni.

Saturday, 31 July 2010

Swiatynia no name

przygotowania do kolacji w restauracji

Poszlismy na spacer sami, Oskar i ja., do swiatyni. Nie spotkalismy zadnego turysty, za to wielu bardzo milych Tybetanczykow ktorzy pokazywali nam co i jak (szczegolnie Oskarowi podobalo sie palenie kory, lisci i galazek an ofiare w specjalnym piecu - pani dawala mu wszystko dotykac i wachac), usmiechali sie i zapraszali zeby dolaczyc sie do wszystkiego co robili. Nawet garsc chinskich dzieciakow biegajacych w odwrotnym kierunku z plastikowymi karabinami nie zepsula nastroju.

Dzisiaj troche lalo popoludniu i wieczorem, teraz jest burza. Siedzielismy pod parasolem i patrzylismy jak skladaja stragany, koncza ciezki dzien pracy. Na trojkolowych rowerach przywoza po gore caly towar, sprzedaja go za grosze stojac na deszczu. Cudowne jest oni potrafia sie cieszyc z niczego, po ciezkim dniu tancza w deszczu, jak komus rozsypia sie wszystkie owoce to smieja sie i razem je zbieraja, zartuja. Maja malo, ale wystarczy zeby psu dac kosc a zmoklemu Oskarowi brzoskwinie. Wygladaja przepieknie, ale nie wiem czy to ich cecha fizyczna, czy to ze maja non stop mily wyraz twarzy sprawia takie pozytywne wrazenie.











Friday, 30 July 2010

Spacerkiem po Shangrila

Po raz kolejny to my jestesmy atrakcja

Widok z naszego okna




Shangrila

Przez pol dnia jechalismy autobusem do gory w czworke na dwuch miejscach. Zapowiadalo sie na horror, ale nawet gladko poszlo. Oskar przez wiekszosc czasu ogladal widoki za oknem i pytal sie po tysiac razy dlaczego te krowy maja takie dlugie rogi, a dlaczego panie maja takie sznurki z wlosow (
warkocze) itp...
Miasteczko przerazliwie turystyczne, ale widoki sliczne i jak sie wyjdzie troche poza centrum to turystow juz nie widac, za to pokazuja sie zwykle zycie i wielkie, groznie wygladajace tybetanskie psy.

Wczoraj wieczorem dala sie odczuc wysokosc na jakies teraz jestesmy, 3300mnpm. Glowa pekala, w zoladek tanczyl, zmysl rownowagi jakby go nie bylo.





Wednesday, 28 July 2010