Wednesday, 28 July 2010

Welcome to Yunnan

Moznaby jechac przez 5 dni autobusami z Siczuanu do Yunnanu, podziwiajac wioski, gory i dzicz. No ale jestesmy ludzmi szanujacymi sie i tak sie meczyc nie chcemy, wiec poszlismy na latwizne i polecielismy samolotem (inna rzecz ze akurat teraz droga do Yunnanu jest nie przezdna - deszcze i osuwajaca sie ziemia).

Tak wiec jestesmy w Lijiang. Jest tu cudnie kolorowo, po miasteczku kreca sie ludzie conajmniej 5 narodowosci, wielu ubranych w tradycyjne stroje. Targ jest przepiekny, mozna kupic wszystko od koszy do noszenia dzieci na plecach przez telewizory i skladniki mikstur medycyny tradycyjnej po lesne grzyby i dzikie owoce.

Widzialam pierwszy siedmiotysiecznik w moim zyciu!









Wstep do Tybetu



Sunday, 25 July 2010

Dziwny jest ten swiat...

Jemy w restauracji, a potem idziemy na kawe. Za jedna kawe placimy tyle co za trzy dania.
Srednio w godzine (razem) zarabiamy tyle co ludzie w miesiac.
Najdrozdza nawet taksowka na drugi koniec pieciomilionowego miasta nie kosztowala tyle co jeden bilet autobusowy w domu.
Godzinny masaz kosztuje tyle co paczka gum do zucia w domu.
Poltoramiesieczny zarobek mozna zamienic na 50 gram herbaty...

Tybet

Teoretycznie jestesmy juz w Tybecie, chociaz oczywiscie Chinczycy powiedzieliby cos innego.
Za kilka dni pojezdzimy sobie po wioskach tybetanskich, wiec poszlismy do tybetanskiej czesci miasta - wyglada biednie, ale ludzie chodza ubrani w sliczne, tradycyjne stroje, sprzedaja lampy na maslo ja i (niewiadomo dlaczego) pomaranczowe miksery. Biednie, ale duzo sympatyczniej to wyglada niz dzielnice Chinczykow.



Pandy

Centrum "mnozenia" pand zrobilo furore mimo pogody. Patyczak ktory nie chcial nas zostawic w spokoju byl dodatkowa atrakcja.















Chengdu

Dzisiaj Chengdu robi zupelnie inne wrazenie niz 5 lat temu. Wszystkie trojkolowe motory-taksowki znikly, bardzo malo jest chinskich sklepow z ubraniami szytymi na mala skale (sa za to ogromne ilosci sklepow ktore sprzedaja identyczne rzeczy), na kazdym rogu jest KFC, McDonald albo Starbucks a jeszcze niedawno nie bylo ich wcale widac.
Nawet "nasza" restauracja w swiatyni buddyjskiej ma teraz menu z obrazkami i wylasnieniami po angielsku.














Thursday, 22 July 2010

Bonsai

Chinczycy z wszystkiego probuja zrobic bonsai. Tak jakby potrafili kompletnie wylaczyc empatie. Zadrutowane drzewa, znieksztalcone stopy ludzkie. Najgorsze widzialam dzisiaj pod szpitalem - takie breloczki niby na pocieszenie dla chorych dzieci. Przezroczysta, plastikowa kulka wielkosci piesci Oskara, a w niej rybka albo zlowik. Zywe, w 35 stopniowym upale.

Powrot do Chengdu

5 lat temu bylismy tutaj.
Powietrze jest dalej takie samo, smog tak gesty ze nie widac chy sa chmury czy slonce.
Jest sliczna swiatynia z duzym parkiem i rewelacyjna wege restauracja. I pachnie tu juz Tybetem..























Milusia sobie poszla

Dwa kroki zanim padla na pupsko.
Koniecznie chciala dotykac listkow, a poniewaz nikt nie chcial z nia tam stac to poszla sama. Raz Oskar poszedl z odsiecza, raz ja.















wedrowki po Guangzhou

Chinczycy dalej kopiuja bezmyslnie napisy alfabetem lacinskim (tak samo zreszta jak my kopiujemy ich pismo). Tutaj akurat dziewczynka ma koszulke i spodenki z napisem "filtr do oleju". Romantycznie.

Deszcz w parku


Malo jest tu miejsca dla zieleni, ale jak juz cos rosnie to jest to potezne - takie przypomnienie ze gdyby nie ludzie to bylaby tu dzungla.

Ten pan dalej wierzy w bajki Mao.