Thursday, 24 June 2010

Ostatki

To juz ostatni dzien w Japonii.
Powrot w znajome miejsce. Oskar poszedl sie wspinac, a Milla na babskie pogaduszki.

Biale koszule jada do pracy.
Oskar kieruje supejexpjesem. Przez radio mowi "Stacjo, uwazaj bo jade"
Ostanie ciasteczka w ksztalcie rybek z nadzieniem z czerwonej fasoli.

Tradycyjny japonski ogrod.

I tradycyjna japonska herbaciarnia.


Po drodze zatrzymalismy sie w Himeji, jest tam jeden z kilku tylko zachowanych zamkow.


Deszcz slicznie wygladal na roslinach, inaczej nic na naszych jedynych cieplych ubraniach.


Ostanie godziny spedzilismy w cieple centrum handlowego, co chyba wszystkim dobrze zrobilo.


Toya Shikotsu

Park narodowy. Wulkany, lasy, niedzwiedzie.



Szlismy na gore ktora widac w lewym gornym rogu.

Podobno najwieksze jezioro w kraterze na swiecie, ma 42 km obwodu. Dookola rozsiane dziesiatki mniejszych kraterow.


Nauka chodzenia z patykiem. Ciezka sprawa, wymaga duzej koncentracji.

Przed ostanim wybuchem byla tu droga.

Drogi ciaz dalszy. To cos na gorze to kawalek asfaltu.



I jeszcze stara droga.

Aomori i Sapporo


Nasz ostatni nocleg po japonsku.
Dobry stol, sprawdzony.
Sliczny ogrod botaniczny w Sapporo.



Niby rabarbar ale wysoki na ponad 2 metry.

Gingko biloba.
Aomori. Mimo naszych straran w Aomori nie dalo sie znalezc nic ciekawego.


Hachinohe

Miasteczko samo w sobie przeokropnie nudne, wiekszosc wybudowana w latach 70, jak zreszta reszta Japonii, teraz juz smutno wyglada. Ciekawa jest natomiast malenka wysepka niedaleko od miasta, Kabushima, rezerwat jakiegos dziwnego gatunku mew ze swiatynia na szczycie. Na szczescie padalo - parasole ochronily nas nie tylko przed deszczem.









Tuesday, 15 June 2010

W strone Hokkaido

Koniec siedzenia na miejscu.
Jutro o 5.00 rano ruszamy w droge. Najpierw musimy dojechac kolejka do Ueno starajac sie zdazyc przed porannym szczytem, a potem juz wygodnie jedziemy do Hachinohe shinkansenem - superexpresem. Potem dalej na polnoc, na Hokkaido, szukac niedzwiedzi.
Wracajac na poludnie jeszcze raz poogladamy sobie gore Fuji, zatrzymamy sie w Himeji, a 22 czerwca wieczorem wsiadziemy na prom do Korei.
Komputery zostawiamy narazie w Tokyo, razem z wiekszoscia naszych rzeczy i lekko, z jednym tylko tobolkiem, jedziemy na polnoc. Tak wiec pewnie damy znak zycia dopiero jak bedziemy juz w Korei.

U nas gra Jason Mraz, live. Oskar slucha go nawet na dobranoc zamiast bajki.

Saturday, 12 June 2010

フットボール (Futtoboru)













czyli football po japonsku